Radzę włączyć : ♪
Z Ellie zaczęłyśmy próby do konkursu. Dobrze mi szło ale moja stara rozklekotana gitara fałszowała. Może miała grypę jak ja parę tygodni wcześniej? Zaraziłam ją? No cóż chyba nie zagramy w tym konkursie.- Ellie? Czy ty słyszysz jak ta gitara fałszuje?
- Tak słyszę no cóż, ile ona ma lat?
- W sumie to 20 lat będzie. Pudło rezonansowe do niczego - smutek ogarną moją duszę - ale skąd ja wezmę pieniądze na nową?
- Poczekaj niech pomyślę. Mój tata ma gitarę której poszła jedna struna. Tylko ją naprawić i będzie jak nowa. Jeszcze tylko wyczyścić i będzie grać.
- Ale i tak nie mogę jej przyjąć. Pożyczyć mogę ale tak na własność? Nigdy.
- Oj przestań! Mój ojciec ma tego gromadę, zapytam się go jeszcze. A z resztą, na pewno pozwoli przecież nasi rodzice się przyjaźnią. - powiedziała to z błyskiem w oku Ellie.
- Dobra niech ci będzie - uznałam że dalsza kłótnia z nią nie ma sensu.
Moja błyskotliwa przyjaciółka zadzwoniła po ojca a ten jak na zawołanie przyjechał. Dał mi gitarę już naprawioną bo zdążył pojechać do lutnika. Instrument był piękny. Z Ellie skończyłam próbę i musiałam iść do pracy. Jeszcze weszłam do Daisy. Staruszka, już słabo się na nogach trzymała. Wiedziałam że muszę powoli choć nieubłaganie przyzwyczajać się że zdechnie. No cóż, prawo natury. Do Connor'a szłam piękną łąką na której było mnóstwo małych zwierzątek. Biegały jelonki, nawet miałam kiedyś takiego pod opieką. Matka biedaka porzuciła. Niestety potem szybko zdechł bo był chory.
Rodzice Connor'a mieli piękny dom. Poszłam za budynek, gdyż tam były stajnie. Były tam piękne cztery klacze: Destiny, Molly, Amante, Rules i jej źrebak Ernie. Mały był cudowny. Siwek, miał błękitne oczy i czarną skarpetkę na jednej nodze. Oporządziłam konie, poprowadziłam Destiny na lonży. Miałam już wracać do domu kiedy zjawił się syn pracodawców.
-Cześć Bridget! - zawołał z oddali.
Ja kiwnęłam mu głową i trochę się zawstydziłam by byłam cała brudna.
- Jak tam moje konie? Nie składają żadnych zastrzeżeń na ciebie, to musi być dobrze.
- Staram się nimi zajmować jak najlepiej.
- Och, oczywiście. Głupio się pytam. Czy pojedziesz ze mną na przejażdżkę? Potrzebuję towarzystwa.
- W sumie to mogę jechać co mi tam szkodzi.- marzyłam o takiej chwili, tylko nie wiedziałam że spełni się tak szybko.
Connor pozwolił mi wziąć Molly a sam zaś dosiadł najbardziej krnąbrnej klaczy - Amante. Te imię mogło zmylić. W jej oczach płonął ogień a w sercu walka. Martwiłam się o niego ale wiedział co robi. Chyba? Wyruszyliśmy. Spokojnie kłusem po malowniczej łące na której trawa robiła się coraz zieleńsza, a kwiaty zaczęły kwitnąć.
- Connor, według mnie wiosna to najpiękniejsza pora roku!
- Tak. Masz rację. Hmmm, zatrzymajmy się.
Zsiedliśmy z koni. Molly i Amante poszły pohasać po łąkach. On spojrzał w moje oczy tak głęboko że zobaczył kawałek mojej duszy.
- Bridget ?
- Tak, o co chodzi?
- Bo ja... No... Dobra nie będę owijać bo to i tak nie ma sensu! KOCHAM CIĘ! Zawsze cię kochałem, odkąd pamiętam. Tylko się wstydziłem. Bałem się. Jesteś inna niż te wszystkie plastiki. Szczera, miła, opiekuńcza, troskliwa i mugłbym tak wymieniać w nieskończoność. Kocham cię. - powtórzył. Tak ciepło na sercu nigdy mi nie było.
- Connor, ja ciebie też kocham i to też od dawna. Ja, przecież wiesz jestem nieśmiała i to bardzo. Też się bałam.
Wtedy on mnie przytulił i pocałował w policzek. Byłam najszczęśliwsza na świecie. Zdarzyła mi się najlepsza rzecz od poznania Ellie.
- Chodź Bridget, odprowadzę cię do domu. Już się ściemnia.
- Dziękuję.
Szliśmy drogą do mojego małego królestwa na skraju lasu. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.
- Pokarzę ci moją klacz Daisy, chcesz?
- Masz konia? Tak, jasne chcę.
Zaprowadziłam go do stajni. Przeżyłam szok. Moja kochana staruszka oddychała resztkami sił. Czy nadszedł jej czas? Błagam nie teraz...
- Boże, pomóż jej!
- Zadzwonię po weterynarza, spokojnie. Nie płacz, uspokój się.
Przytulił mnie i czekaliśmy na wybawienie dla klaczy. Kiedy pan Brown przyjechał stwierdził że dla niej przyszedł już czas, koniec jej życia. Wyłam tak strasznie że w ogóle nie chciałam wyjść z boksu. Connor zdzwonił do matki i zapytał czy może zostać u Max'a na noc. Oczywiście potem dał znać jemu o tej sprawie. Mój ojciec był na nocnej zmianie w dorywczej pracy. Jak zwykle nie było go kiedy był potrzebny. Przy śmierci mamy było tak samo.
- Już nie płacz, misiu.
- Zrozum to że ta stara szkapa jest moim całym życiem. To jest ostatnia istota która została mi po matce. Zrozum.
- Nie wiedziałem, spokojnie no przytul się, cicho już, spokojnie.
-Nie mogę. Jakie będzie moje życie bez niej. Jakie? Co ty byś zrobił gdyby tobie zdechła Amante albo Molly?
- I tak kiedyś zdechną. Liczę się z tym, jak najbardziej. Tez tego sobie nie wyobrażam.
W końcu usiadłam spokojnie z tą straszną myślą. Położyłam głowę na ramieniu Connor'a i zasnęłam.
Spałam dobre osiem godzin.
- Ej, obudź się !
- Hmm co? - zaspana była strasznie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jego twarz.
-Spójrz, na Daisy !
Bałam się. A co jeśli leży tylko że już martwa? Jednak nie. Ona stała sobie o własnych siłach zajadając łapczywie siano i popijając wodą. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
- Jeju która godzina? Daisy nie rób tak więcej bo marchewek nie dostaniesz! - szczęśliwa przytuliłam ją a potem mojego ukochanego chłopaka. Czyli weterynarz się mylił? Zawsze wiedziałam że te wykształciuchy kłamią zawsze aby tylko kasę wyciągnąć. Byłam teraz największą szczęściarą
.......
Zostawiajcie komentarze i w ankiecie jakość bloga :>
Z góry dziękuję :)
Jeśli chcecie 5 rozdział dajcie do tego wpisu 2 komentarze. Nie będę pracować za darmo !
Jeśli chcecie 5 rozdział dajcie do tego wpisu 2 komentarze. Nie będę pracować za darmo !