sobota, 23 lutego 2013

Miłość w cieniu marzeń. Rozdział 5. (dokończenie)


Przepraszam, że tak długo kochani . 
Nauka, nauka i coraz więcej nauki !!!

_________________________________________

Wybrałam numer na policję i dałam słuchawkę staremu Side'owi.
- Halo? Policja?
- Tak. Dzień dobry - odpowiedział głos w słuchawce.
- Chciałbym zgłosić, że w moim domu są złodzieje i pojmali wcześniej córki moich sąsiadów i zamknęli w piwnicy. Jednego dziewczynki otumaniły i zatrzasnęły w pomieszczeniu a drugi rozpija się w mojej kuchni winem z lat '70. Nie wiem czy coś ukradli, ponieważ zostaliśmy z moją żoną związani.
- Dobrze. Proszę zostać w pomieszczeniu i nigdzie się nie ruszać. Już jedziemy.
Przerwał połączenie. Na jego pomarszczonym czole pojawiły się jeszcze większe zmarszczki i krople potu. Widać było że się zdenerwował. Ja miałam w głowie istny bałagan. Przypomniało mi się że mam telefon w kieszeni. Zadzwoniłam do ojca.
- Cześć tato.
- Bridget? To ty? Nic ci nie jest ? - powiedział, a ja wyczuwałam przez słuchawkę jego zdenerwowanie.
- Tak to ja. Nic mi nie jest i Ellie też. Przyjedzcie pod dom Side'ów.
-To dobrze. Po co pod ich dom ? Nie rozumiem.
-Nie marudź tylko przyjeżdżajcie.
Zakończyłam wciskając czerwony przycisk komórki. Postanowiłam, że zejdę na dół i zwiedzę co tam u złoczyńców którzy nas porwali.
- Ell, idę na zwiady zostań tu - ona na te słowa pokręciła głową i odwróciła się plecami.
Nie chciała mieć więcej do czynienia z tymi facetami. Nadal była w szoku. Wymknęłam się z sypialni. Szłam korytarzem, gustownie urządzonym z piękną tapetą. Drewniana podłoga to był raczej nowatorski wymysł starego małżeństwa. Była bowiem wykonana ze starych beczek i na drewnianych klepkach widniały pieczęcie po najznamienitszych winiarniach w całej Francji. Cały ten dom był najdziwniejszym w okolicy ale no cóż mieli swoje marzenia i pasje i dobrze że je realizowali na stare lata.
Kiedy zeszłam na parter Bernie nadal siedział a raczej leżał w kuchni. Również pobiegłam zobaczyć co z Jack'iem. Zajrzałam przez dziurkę od klucza. Nadal leżał na ziemi. Potem bardzo szybko pobiegłam na górę. Umierałam ze strachu.
- I co kochanieńka? - zapytała pani Elizabeth troskliwym głosem.
- Właściwie to obaj są nieprzytomni.
Podeszłam do okna. Czekałam na wybawienie od policji a minuty się dłużyły w nieskończoność.
Wreszcie zobaczyłam czerwono-niebieski lampki. Wysiedli z samochodów i dali nan do zrozumienia żebyśmy pozostali w środku. Ja jednak wymknęłam się z pokoju.
Usiadłam na schodach i obsrwowałam całą sytuację. Właśnie wyprowadzali Berniego i Jack'a który ledwo zarejestrował co się z nim działo. Wbiegłam znowu na górę.
- Już jest dobrze ! Właśnie ich wyprowadzają.
Gdy wypowiedziałam to zdanie wszedł do pokoju gruby policjant ze stopniem inspektora. Rozejrzał się i rzekł :
- To byli bardzo groźni przestępcy. Właśnie ich szukaliśmy. Ostatnio ukradli obraz Kossaka z muzeum. Gratuluję państwu i wręczę później nagrodę pieniężną. Och ! Przepraszam nie przedstawiłem się ! Inspektor Maurycy Fischer.
- Dobrze tylko że to nie nasza zasługa za złapanie tych złych ludzi - powiedziała pani Side łagodnym głosem - to zasługa tych dwóch, odważnych dziewczynek. Bridget i Ellie.
- Ra-raczej nie moja - odezwała się El - tylko Bridget.
Maurycy Fischer podszedł do mnie, uścisnął mi dłoń.
- No dobra robota !
- Ale...
- Oj, jakaś ty skromna. Gdzie mieszkasz ?
- Na skraju lasu. Na przeciwko.
-Zaraz, zaraz to ty jesteś córką Alex,a ?
- Tak. O co chodzi?
- A ty mnie pewnie nie pamiętasz. Jestem Gwizdek, przyjaciel twojego ojca, kiedyś prowadziliśmy zespół pamiętasz?
- Tak oczywiście! Mój tata ostatnio właśnie narzekał że nie ma z kim pogadać.
W tym momencie wbiegł mój ojciec. Był cały spocony i czapkę miał krzywo naciągniętą na głowę. Podszedł i przytulił mnie tak mocno że ledwo mogłam oddychać.
- Ej ?! Nic mi nie jest.
- Ja się tak przestraszyłem.
Jego wzrok padł na inspektora.
- Gwizdek ?
- Alex, stary kumplu ! - jego uśmiech wtedy był jak wielki banan.
Oni rozmawiali a ja zastanawiałam się, cóż to może być za nagroda. Pieniądze? Przydały by się nam. Moje myśli przerwał potężny głos Maurycego.
- Ci przestępcy byli bardzo źli. No... wynagrodzenie jest .... spore.
- O jakiej wartości? - powiedział z ciekawości mój ojciec.
- 100 000... tyle. Tylko że ...
- O Jezu ! Co my z tym zrobimy ?
- Nie dokończyłem. Nie w złotych.... w dolarach.
Mojego tatę zamurowało. 100000 w USD ? To musi być sen.
- Alex, mam do ciebie jeszcze pewną sprawę ...
Wyszli. Ellie coś mi mówiła ale mój mózg się zamknął.
Byłam kompletnie roztrzęsiona. Teraz weszli rodzice Ell.
Już nie słuchałam. Błagałam mojego ojca w myślach, żeby zabrał mnie do domu.
- No Bridget, chodź do domu.
- Już idę.
Pożegnał się ze wszystkimi ale jeszcze Maurycy krzykną :
- Jutro przyjadę do ciebie z całą sumą !
Szliśmy szosą a Księżyc świecił tak pięknie, że nie można było myśleć o tym co było parę godzin wcześniej.

________________________________________

Ludu , macie to dokończenie. :D

Następny rozdział za max. 4 komentarze.

Nie jestem robotem który pracuje za darmo ! :3

czwartek, 7 lutego 2013

Miłość w cieniu marzeń. Rozdział 5.

Zbliżały się moje urodziny. 13 kwiecień, jak wielu uważało był pechowy ale rodzice zawsze powtarzali że to dla nich najszczęśliwsza liczba bo pod nią kryję się ja. No cóż dla każdego rodzica był by to ciekawy i najlepszy dzień. Miałam robić przyjecie urodzinowe. Małe ale za to huczne. Zaprosiłabym oczywiście Ellie, Max'a i Connor'a.
 W końcu dopadłu mnie myśli, a może nie będę robić? W sumie w moim małym, obskurnym domku to nie wypada. Nagle wyświetlacz mojej starej, ceglastej Nokii zaświecił się. Dzwoniła moja przyjaciółka.
- Cześć Bridget! Przypominam ci że za 5 dni są twoje urodziny!
- No jak bym nie pamiętała.
- Oj cicho bądź! Mam do ciebie interes. - nie podobało mi się gdy tak mówiła.
-No co tam? Błagam cię tylko nie tak jak ostatnio.
- Nie. Mam inny interes. Może zrobię u siebie te twoje przyjęcie urodzinowe a ty w zamian mi pomożesz na egzaminie z fizyki ty kujonie mój.
- Ale...
- Nie przyjmuję żadnego "ale"-weszła mi wpół słowa- to będzie ode mnie prezent na urodziny. Taki drobiazg.
- Jak tak bardzo chcesz to dobra. Dzięki.
- Wiedziałam ze się zgodzisz ! - powiedziała to i się rozłączyła.
No nic. Znowu będzie mi ratować tyłek z opresji. Nagle zadzwonił Connor. Nie miałam zamiaru odbierać. Nie miałam na nic siły. Byłam przytłoczona tym co się działo wokół. Po czterech nieodebranych połączeniach postanowiłam jednak odebrać.
- Halo ?
- Czemu nie odbierasz?!
- Hmm, byłam na podwórku. - zmyśliłam to, bo nie miałam zamiaru potem wysłuchiwać że się martwił.
- No to ... Co chcesz na urodziny? Właśnie jadę do centrum.
- Nie chcę nic. Możesz mi przynieść kwiatek koniczynki. Będę zadowolona.
- Eh, ty mi nie powiesz. Dobra sam coś wykombinuję. - rozłączył się.
Nigdy nie wiedziałam o czym myślał. Był zamknięty w sobie. Nie lubił opowiadać o rodzinie, Nie chwalił się. Był raczej lubiany w szkole za to ze był ładny. Czy ja wiem, może dlatego że kiedyś był z Cornelią ?
____________________________
Connor podczas kupowania prezentu ...
Muszę się skupić na prezencie dla niej. Jejku, nie mam pomysłów.  Może się zapytam Ellie? Zadzwonię do niej.
- Cześć Ellie. Masz może pomysł co kupić Bridget na urodziny?
- Coś ostatnio mówiła o tym że nie ma przyborów do rysowania. Wiesz węgle, ołówki, pędzle i tak dalej.
- No dzięki. Zawsze coś.
Wszedłem do sklepu. Nakupowałem tych różnych pędzili, ołówków, farb. Zacząłem myśleć co jeszcze jej kupić. Po krótkim czasie wpadł mi pomysł. Poszedłem do sklepu muzycznego.
-Dzień dobry !
- O witaj Connor, co tam potrzebujesz ?- właściciel sklepu to był mój sąsiad.
- Mam małe pytanie do pana. Czy pan wykonuje kostki do gry na gitarze na zamówienie ?
- Tak. A co ? Zaczynasz się uczyć na gitarze ?
- Nie to dla ... koleżanki.- musiałem skłamać bo zaraz by poleciał do moich rodziców i im nagadał - ma urodziny.
- Dobra już się biorę. Jak ma na imię koleżanka?
- Bridget. Na jutro może być ?
- Tak oczywiście.
Mam nadzieję że będzie zadowolona. Po zakupach wróciłem do mojego domu...
____________________________

Postanowiłam umówić się z Ellie na spacer. Był wieczór i tata niechętnie mnie wypuścił. Szłam drogą pełną wyboi i dołów. W dali zobaczyłam światło latarki. To musiała być Ell. Zawołała mnie. I nagle znikąd pojawił się czarny samochód. Mężczyzna wysiadł z auta i wciągną do środka moją przyjaciółkę. Zaczęłam krzyczeć ale dostałam czymś mocno w głowę i zemdlałam. Ocknęłam się po trzech godzinach. Słyszałam ciche szepty i głos nad moim uchem.
- Bridget, Bridget ocknij się !
- Już. Gdzie ja jestem ?
- Nie wiem. Ale chyba coś chcą nam zrobić.
- Ciii ! Ktoś tu idzie.
Byłyśmy w obskurnej piwnicy. Z małych szpar w suficie prześwitywało światło. Nagle ktoś otworzył drzwi. Stał w nich potężny człowiek w garniturze. Zachichotał i powiedział :
- Cholera, Jack obudziły się, chodź tu !
- Nie wrzeszcz baranie. Bo przestraszysz nasze zabawki. - zaśmiał się i podszedł do Bernie'go
- Dzień dobry kruszynki. - znowu wybuchł śmiechem i wszedł do pomieszczenia w którym przebywałyśmy. Ten drugi zamknął drzwi na klucz. Rozwiązał El.
- Dziewczynko powiedz ile masz lat ?
- Pię-piętnaście.
- A może chcesz mieć coś ze mną wspólnego, co ? Bo słyszałem że takie dziewczynki w twoim wieku to teraz wszędzie po kątach łażą .
- O co panu chodzi ?! Jak się mój ojciec dowie, że nas uprowadziłeś to będziesz miał taką higway to hell że popamiętasz!
- Dobra.- zaczął się do niej dobierać. Ja jakoś uwolniłam się niepostrzeżenie z węzłów. Chwyciłam deskę która tam leżała i uderzyłam go w głowę. Sprawdziłam czy przypadkiem go nie zabiłam ale puls był wyczuwalny. Ellie przytuliła mnie i podziękowała za ratunek.
____________________________
^Tymczasem w domu ... ^
- Hallo ? Harry czy u ciebie jest moja Bridget? Nie wróciła do domu o 19.30. Martwię się o nią.
- Alex, nie ma i Ellie też nie ma. Może coś im się stało? Przyjeżdżaj do mnie. Musimy razem pomyśleć.
Wyszedłem i szybko pobiegłem do domu Larry'ch. 
- Nie dzwoniły? Nic?
- Nic. Alex, mi się wydaje że coś bardzo, bardzo złego im się przytrafiło - wszyscy się rozpłakaliśmy ale wiedzieliśmy że jest promyczek nadziei.
____________________________
- Bridget co ja bez ciebie bym zrobiła !
- Dobra, musimy się stąd wydostać. - popatrzyłam po ścianach. Nie było żadnego okna. Jack przy swoim pasku miał klucz. Zabrałam go.
- Szybko, otwieraj te drzwi. - nalegała moja przyjaciółka.
- Nie ! Zobacz przez dziurę w drzwiach czy nie ma tam Bernie'go.
- Nie ma. Błagam otwieraj bo ja zaraz zwariuję.
Przekręciłam delikatnie klucz w zamku. Starałam się jak najciszej. Gdy weszłyśmy na piętro nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Był to dom państwa Side. Po pokoju przechadzała się ich kotka Bell. Wiedziałam jak wygląda wnętrze tego budynku bo często pomagałam staremu małżeństwu w sprzątaniu.
- Ell, mi się wydaje że oni się włamali albo coś zrobili Side'om. Musimy ich poszukać.
- Błagam cię, ja chcę stąd uciec.
- Cicho, słyszysz ?
Usłyszałam płacz starszej kobiety na górze. Pobiegłam tam. W kuchni siedział Bernie i pił piwo i ledwo co skojarzył fakty. Taki był pijany. Obie weszłyśmy do sypialni. Pani Elizabeth i pan Dave siedzieli na ziemi związani. Od razu ich rozwiązałam. Wszystko mi opowiedzieli i zadzwoniliśmy na policję z gabinetu.....

____________________________

Pisałam go trzy dni i jest ! 
Rozdzielę ten rozdział na dwa bo tak to by było drugie tyle :D
Postaram się do końca tygodnia skończyć.

Małe komentarze dacie ?